Okno na Wągrowiec

Image default

Bon giorno. Taki żart. Do niedawna jeszcze działał. Szczególnie w dużych skupiskach ludzkich. Dzisiaj już nie, bo nie ma skupisk, bo świat wyhamował, przycichł, spokorniał. Włosi załamani, Hiszpanie w potrzasku, Brytyjczycy drżą z obawy o własną koronę, Amerykanie ostrożnie, Niemcy pragmatycznie. A u nas praca wre.

Staruszki szyją maseczki, lekarze padają na twarz, personel medyczny wylatuje z pracy, bo ujawnia niewygodne fakty, nie poddaje się naciskom, bruździ. Zamożni obywatele kupują respiratory dla szpitali. rząd próbuje zawlec wszystkich do urn, a prezydent wykazać różnicę pomiędzy rzeczywistym wzrostem ilości zgonów a ich procentowym spadkiem, czy jakoś tak. Zwykli obywatele różnie. Niektórzy są przybici, niepewni jutra, inni zbuntowani, oburzeni i w pretensjach. Tymczasem dopadło nas to, o czym każdy kiedyś słyszał, czytał i uczył się w szkole. Stan wyższej konieczności. Coś, z czym trzeba się pogodzić, zaakceptować i przetrwać.

            Dla przypomnienia, na szybko i zgodnie z zaleceniami WHO, aby przetrwać należy: myć ręce, stosować odpowiednie zasady ochrony podczas kaszlu i kichania, zachować bezpieczną odległość, unikać dotykania oczu, nosa i ust, w przypadku gorączki, kaszlu, trudności w oddychaniu, zasięgnąć pomocy medycznej, w przypadku kontaktu… bla, bla, bla. Temat został szczegółowo, barwnie i dosadnie omówiony na przykładzie pacjenta zero, przez panią Jadwigę Caban-Korbas, znaną szerzej jako Pani Jadzia z Sanepidu. Jakże żałuję, że zamknięto usta tej kobiecie. Teraz, gdy należy zracjonalizować ludziom konieczność pozostania w domu, uświadomić, co to są podstawowe potrzeby, ustalić hierarchię wartości, zrobić zakupy. Tak bardzo by się przydała, żeby ustawić krnąbrnych i zbuntowanych. Zdolności estradowych nie posiadam, postaram się jedynie odnieść do jednego, wydawałoby się prostego zdania, które w języku polskim brzmi: „Chroń siebie i innych przed zachorowaniem/zostań w domu. Albo „Zostań w domu/ratuj życie innym”. Po angielsku to się chyba nazywa – CHALLANGE!

            Z pozostaniem w domu jest znacznie lepiej niż jeszcze tydzień temu. Paru osobom udało się przemówić do rozumu, inne trzeba było spacyfikować. Wbrew temu, co sadzą niektórzy, COVID-19 nie ma skośnych oczu i nie legitymuje się włoskim paszportem. Nie ma wieku, płci ani nazwiska. Nie kieruje się sympatią, miłością, nienawiścią, czy zemstą. Może przybierać postać sąsiadki, znajomej, klienta, pacjenta, ekspedientki, kasjerki, kolegi od kieliszka itd. Nie przypatrujcie się im, nie pytajcie czy mieli kontakt z wirusem, po prostu załóżcie, że tak. Jak w dobrej powieści szpiegowskiej: nie ufam, więc żyję. Taki czas. Zauważyłam ostatnio w sklepie, bo tylko tam bywam, że ludzie mają ogromny deficyt bliskości. Dobrze, że można zasłonić się koszykiem, bo nie wiem jak by to się skończyło. Pragnienie posiadania tej jednej, konkretnej, najpiękniejszej kiełbasy lub karkówki w całym gwiazdozbiorze jest nieprawdopodobne. Jaka odległość? Jaka kolejka?Jaki wirus? Ja chcę to! I to już! Jak w tych okolicznościach chronić siebie i innych.? Najprościej jak można: kupuj i spierdalaj! Nie wybrzydzaj, nie przebieraj, nie gadaj, nie każ sobie mielić mięsa, ani plastrować szynki. Nie kręć się, nie wchodź na ludzi. Zachowaj odległość nie tylko przy kasie. Wszędzie! Przy piwie, cukrze, chlebie, owocach, lodówkach, sokach, alkoholach, gazetach. Wyobraź sobie, że na zewnątrz, w kolejce, czekają od godziny kolejne osoby, które muszą zrobić zakupy tak samo albo bardziej niż Ty. Challange nr1 – kupuję w 10 minut.

            Kolejna sprawa to zapasy i zarządzanie magazynem. Z tego co słyszę z różnych źródeł, są one sukcesywnie wyżerane, bo w domu nareszcie jest jak w porządnym all inclusive. Co z tego, że to na czarną godzinę? Kiedy to w ogóle będzie? A może czarna godzina jest właśnie teraz? Kto to może wiedzieć? I w ogóle: o co Ci chodzi? Sklepy są otwarte i w razie czego można wszystko dokupić. Ano można, ale nie można wychodzić z domu. To znaczy można, ale tylko w nagłych, uzasadnionych wypadkach i do pracy. Ostatnio byłam świadkiem takiego wypadku. Właściwie uczestnikiem mimo woli. Dwoje sprawców, pół kilo mielonego, truskawki i mała fanta. Przy założeniu, że mielone poszło na obiad i/lub kolację, fanta do popicia, a truskawki zostały, następnego dnia, nagły wypadek się powtórzył. Nigdy nie zaznałam apokaliptycznego głodu, ognia, ani wojny, jednakże tak się jakoś w moim domu przyjęło, że pewne towary musiały być zawsze. Mąka, drożdże, jaja, cukier, sól, olej, ziemniaki kasza, cebula, czosnek ocet, spirytus, soda i takie tam. Osobom żyjącym w rzeczywistości równoległej wyjaśniam: to tzw. artykuły pierwszej potrzeby, mające więcej niż jedno zastosowanie. Coś, jak płyn wd40, trytki, coca cola albo kultowa lasotaśma – typ gorilla. Spożywcza baza, sama w sobie jest jadalna, ale żeby to wszystko jakoś urozmaicić potrzebne są dodatki. Mrożonki, najlepiej jednoskładnikowe, zwłaszcza szpinak i groszek, sery, boczek i mięso pakowane próżniowo, warzywa korzeniowe, pomidory w puszkach, jabłka w słoikach, groch, fasola, makaron, bakalie, płatki owsiane. Oraz chleb, mleko, masło i marmolada. Może być dżem. W zależności od ilości wszystkich powyższych, żyje się na tym przez 2 tygodnie i przygotowuje w zasadzie niepoliczalną ilość kombinacji. Niektórzy mogą być wręcz zszokowani, że dania, które nie mają nazwy tak dobrze smakują. Tak, wiem, to prawie same węgle, ale uspokajają, dobrze się przechowują i w razie kataklizmu stanowią życiodajną energię. Oczywiście niech każdy kupuje co chce, co lubi, co jada, byle w ilości wystarczającej przynajmniej na tydzień. To ważne. Na pewno słyszeliście o dramacie wegetarianki, która uciekła z kwarantanny narażając setki osób. Nie podobało jej się, że nie uwzględniono jej preferencji kulinarnych. Nie wiem, co u niej słychać, czy warunki jej bytowania się poprawiły, czy żyje, czy jest zadowolona z obsługi? Z całą pewnością jest sławna. Challenge nr 2 – nie wychodzę z domu po pierdoły.

            Challange nr 3 – gotuję z tego, co mam. Korzystam z wyobraźni i dostępnych składników, nie z przepisów. Z przepisem jest tak, że zawsze czegoś brakuje i trzeba po to iść. Z makaronem, jest tak, że każdy go ma. Nie będę specjalnie oryginalna, jeżeli powiem, że kocham Włochy. Nie za krajobrazy, narty, buty, okulary, szynkę czy chianti. Za całokształt. A najbardziej za pasję, polot, odwagę, ale i pewną bezkompromisowość w kuchni. Trudno w to uwierzyć, ale nawet teraz, gdy Włosi przeżywają potworną tragedię, wspólne, odpowiednio skomponowane posiłki są dla nich święte. Myślę, że to dobry czas, żeby zapoznać się bliżej z tematem, postarać zrozumieć o co w tym chodzi. Na spokojnie, bez awantury o ketchup czy inny extra cheez. Tradycyjna kuchnia włoska jest biedna, ale dumna. Prosta, szybka i pyszna. Ale biada temu, kto łamie odwieczne zasady!

Wróćmy więc do makaronu. Wszyscy go kochają, jednakże kiedy przyjdzie, co do czego, a raczej kiedy okaże się,że nie ma sosu, wtedy koniec.

Jeśli macie makaron, ale nie macie sosu, to powiem tak: macie. Sos do makronu po włosku nie musi być ani pomidorowy, ani śmietanowy, ani z kurczakiem, ani szpinakiem, ani w ogóle żaden. Sos, to tak naprawdę każdy dodatek, który macie pod ręką i woda, w której makaron się gotował. Składniki te spowodują, że makaron, który i tak jest doskonały, stanie się jeszcze lepszy. Ale uwaga! Warunek jest taki, że musi to być makaron świeżo ugotowany, w porządnie osolonej wodzie. Ma być słona jak Morze Śródziemne, ponieważ makaronu nie da się dosolić później. Do gotowania nie dodajemy oleju, oliwy ani innego tłuszczu. Po pierwsze jeśli makaron wystygnie to i tak się sklei, po drugie straci porowatość, a tym samy zdolność wchłaniania innych smaków. Nie przelewamy go też zimną wodą, tylko natychmiast łączymy z tym co mamy. Wystarczą trzy lub cztery proste składniki

Najprostsze i najszybsze danie świata to spaghetti aglio olio e peperoncino (alio olio e peperonczino). Zawiera naturalne antybiotyki i przeciwutleniacze. Makaron gotujemy al dente. Przy okazji, al dente nie oznacza półtwardo, czy chrupko. Makaron ma być sprężysty i nierozgotowany. W międzyczasie kroimy w plasterki czosnek w dowolnej ilości, prażymy chwilkę na suchej patelni, żeby się ogrzał, nie przyrumienił, ani nie przypalił, dodajemy chilli w płatkach, sól i odrobinę wody z gotowania makaronu. Woda z gotowania makaronu to skarb. Najważniejszy składnik każdego sosu. Kiedy trzeba zagęści, kiedy trzeba rozrzedzi. Ugotowany makaron odcedzamy i mieszamy na patelni z czosnkiem chili oraz oliwą z oliwek z pierwszego tłoczenia. Oliwy wcześniej nie podgrzewamy. Ma się naturalnie ogrzać od wrzącego makaronu. Można posypać pietruszką. W oryginale bez parmezanu.

Spaghetti carbonara dedykuję oczywiście smakoszom, ale głównie restauratorom i kucharzom, pod rozwagę. 4 składniki boczek, jaja parmezan, grubo mielony pieprz. Makaron gotujemy al dente, boczek, pokrojony w kostkę wysmażamy tak jak lubimy, na mniej lub bardziej chrupko, jaja (4-5 jaj na 500 g makaronu) roztrzepujemy widelcem na jednolitą masę, dodajemy garść startego parmezanu i grubo mielony pieprz. Nabieramy pół szklanki wody z gotowania, makaron odcedzamy i mieszamy bardzo szybko z boczkiem i tłuszczem na patelni, a następnie wrzucamy do naczynia z jajkami i parmezanem. Mieszamy dość energicznie, aby nie zrobić jajecznicy. Gorący makaron zaparza jajka, i rozpuszcza ser, dodanie niewielkiej ilości wody z gotowania powoduje, że wszystkie składniki sosu staja się jednorodną emulsją, o którą nam chodzi. Pamiętajcie! Carbonara nienawidzi żadnej, śmietany, mleka, mascarpone. Włosi twierdzą, że ich dodanie jest jak seks w skarpetach.

Pasta prosciutto e pisell (prosziuto e pizelli) Boczek lub szynkę dojrzewającą wytapiamy na patelni dodajemy niewielką garść pokrojonej w kostkę cebuli, smażymy przez chwilę, by cebula się zeszkliła, następnie wrzucamy mrożony groszek. I smażymy aż groszek się rozmrozi. Można wlać pół szklanki śmietany. Gotujemy dowolny krótki makaron, może być penne (penne), świderki, kokardki, byle nie spaghetti. Odcedzamy i wrzucamy na patelnię, mieszamy i dodajemy odrobinę wody z gotowania. Całość ma się połączyć a ser rozpuścić.

Pasta to nie tylko makaron. To właściwie każda mączna baza, z której później powstają konkretne dania, np gniocchi (nioki) To takie kopytka, tylko ładniejsze. Z kilograma ugotowanych ziemniaków, przeciśniętych przez praskę, czubatej łyżki masła, 2 jajek i 2 szklanek mąki zagniatamy ciasto. Dobrze wyrabiamy. Następnie wykładamy na posypaną mąką stolnicę i dzielimy na 2 części. Formujmy długie wałeczki i kroimy na niewielkie kawałki. Nadajemy im kształt zgrabnych klusek i robimy na nich wzorek brzegiem widelca. Gotujemy w osolonej wodzie do momentu wypłynięcia. Do sosu boczkowego dodajemy odrobinę śmietany albo i nie, i wrzucamy do niego gniocchi. Można je podać tylko ze zrumienionym masłem z dodatkiem szałwii lub rozmarynu i odrobiną parmezanu. Ważne by były pulchne i mięciutkie, dlatego ziemniaków na gniocchi nie wolno miksować w malakserze

Jeśli nie pasta to frittata. Z tych samych składników. Do boczku z groszkiem i z cebulą wlewamy roztrzepane jajka i smażymy jak omlet. Ma być ścięty ale nie suchy jak strup. Jeśli macie patelnię z metalową rączką, wierzch można posypać serem i krótko zapiec w piekarniku.

A teraz coś do kawy To nie żaden włoski deser. To sypana szarlotka. Raczej jesienna, ale komu to przeszkadza? Mieszamy szklankę mąki, szklankę kaszy manny, szklankę cukru i półtorej łyżeczki proszku do pieczenia. Dzielimy na 3 równe części. Na wysmarowaną masłem tortownicę lub do naczynia żaroodpornego wysypujemy 1 część mieszanki, Na niej układamy połowę jabłek ze słoika lub świeżo startych (1,5kg) .Następnie 2 warstwa sypka, ponownie jabłka i 3 warstwa sypka. Na wierzch ścieramy na grubej tarce 170 g bardzo zimnego masła i rozkładamy równomiernie . Pieczemy przez około godzinę w 180°C. Można posypać cynamonem.

Na zakończenie coś dla ducha. Z pozdrowieniami od przewrotnych Chińczyków. „ Jest tak, jak myślisz, że jest. Pomyśl więc, że jest dobrze” .

Czytaj także

WARTOŚĆ DODANA: Skola

Redakcja

WARTOŚĆ DODANA: #nowanormalność

Redakcja

TO JUŻ ROK! DZIĘKUJEMY WAM, ŻE JESTEŚCIE

Krzysztof Czapul