Tak jak wielu z nas, także i ja to pytanie zadaję sobie od kilkunastu dni, gdy jeden z głównych politycznych oponentów burmistrz Wągrowca Alicji Trytt, czyli Krzysztof Poszwa, został nagle jej zastępcą.
Od tego czasu słychać głównie głosy, że właśnie się politycznie skończył, że to zdrada jego wyborców, a ze strony burmistrzyni to zwykły akt korupcji politycznej.
I trudno się z tym nie zgodzić, bo przecież ta dwójka twardo stała po dwóch stronach politycznej barykady. A Krzysztof Poszwa wraz z Jakubem Zadrogą był zdeklarowanym krytykiem obecnej burmistrzyni. Więc cóż się stało? Chodzi tylko o to, że „pieniądz nie śmierdzi”?
No właśnie, po co im to? Burmistrz Trytt można zrozumieć, bo wreszcie po dwóch latach rządów ma tę upragnioną władzę i już nie będzie mogła się zasłaniać nieprzychylnością radnych. Po owocach ją poznamy, więc czekamy. A Krzysztof Poszwa? Sam wie najlepiej co stało za tą decyzją. Wie też, że grono osób dobrze mu życzących jest, delikatnie mówiąc, zaskoczonych tym jego politycznym fikołkiem.
Ale tak jak w przypadku burmistrz Trytt, także i tutaj jak kania dżdżu oczekuję dobrych efektów dla miasta, bo jeżeli ma to się przełożyć na rozwój Wągrowca i poprawę życia jego mieszkańców, to serio będę trzymał kciuki i kibicował obecnej władzy.
Jestem rodowitym mieszkańcem Wągrowca, chłopakiem z Jeżyka i dobro naszego miasta jest bliskie memu sercu. Będę więc przyglądał się obecnej władzy i liczył na to, że także i dla nich jest ono najważniejsze.
Ale solennie ostrzegam, że jeżeli to tylko puste słowa, to nie będzie przebacz… My, mieszkańcy Wągrowca czekamy.
Krzysztof Garnetz,
Wągrowczanin, mimo wszystko z optymizmem patrzący w przyszłość
Fot. archiwum „OnW”/wagrowiec.eu

